Menu

Obserwatorium Katastrof - OK!

Jerzy Kałwak - gazeta prywatna

Minister Gliński przeciwko "ukrytej opcji niemieckiej"

kalwakjerzy

Minister kultury Gliński, który rzucił się bez uzgodnienia do mikrofonu, żeby powiedzieć, że jest gotów przeprosić kilku działaczy organizacji pozarządowych, których wcześniej po swojemu wyróżnił, ale jakoś tej gotowości przeprosinami nie przypieczętował, modli się pod figurą, a diabła ma za skórą, jak powiada ludowa mądrość.

Dlaczego tak ludowa mądrość mi podpowiada? Ano, z powodu sporu o prawo własności do zespołu pieśni i tańca "Śląsk" z Koszęcina, zatopionego pięknie pomiędzy Lublińcem a Tarnowskimi Górami w tamtejszych przepastnych lasach. "Śląsk", którego nikomu chyba przedstawiać nie trzeba, jest regionalną instytucją kultury, którą regionalne władze zaliczają do perełek śląskiej kultury regionalnej i odpowiednio w ostatnich latach dbały o zespół i jego siedzibę. Zespół koncertuje, jeździ po kraju, a do Koszęcina przyjeżdżają animatorzy kultury i młodzież, aby uczyć się tańca i śpiewu na najwyższym światowym poziomie.

Utrzymanie takiej perełki, którą Ślązacy postawili na nogi w czasie, gdy "Mazowsze" podupadło, musi sporo kosztować. Wszystkiego nie da się sfinansować z pieniędzy unijnych, dochody z działalności są za małe, bowiem popularyzacja musi być tania i dostępna dla każdego, zatem urząd marszałkowski od lat dopomina się o dotacje rządowe.

Dotacji, jak nie było, tak nie ma, ale pojawiła się chętka MKiDN, aby sobie "Śląsk" przysposobić jako perełkę narodową. Wtedy jakaś kasa by się znalazła. Ostatnio zamiary rządu zostały nagłośnione za sprawą listu jednego ze śląskich posłów, który poszedł w wiceministry (szczegóły tutaj: http://www.dziennikzachodni.pl/…/apel-w-sprawie-zespolu-sl…/). Wiceminister Wójcik odwraca, jak to mają w zwyczaju posłowie PiS, kota ogonem i próbuje wykazać, że to władze regionalne (PO i RAŚ) szkodzą w sprawie zespołu "Śląsk", bo chcą mieć dwie rzeczy naraz: zespół z piękną siedzibą oraz pieniądze na ich utrzymanie.

GOSiR w Koszęcinie już działa

Wydawałoby się, że poseł Wójcik, prawnik i doradca gospodarczy z Katowic, oburza się jak najbardziej słusznie, gdyby nie tło polityczne tej sprawy. W tle walki o "Śląsk" rozgrywa się bowiem walka PiS o polskość Śląska, wyrażona niegdyś prowokacyjną wypowiedzią Jarosława Kaczyńskiego o "ukrytej opcji niemieckiej" zamieszkującej ten region. Nie pamiętam, aby Kaczyński był chociaż tak gotowy do przeprosin za tę wypowiedź, jak Gliński za swoją. Ten pogląd rozwija się i oplata politykę narodowo-historyczną partii rządzącej, nie więdnie jak rozmaryn, rozwija się jak w ludowej narodowej pieśni.

Śląskość "Śląska" wydaje się być solą w oku narodowej polityki i jej sprawców, którzy pamiętają różnym Gorzelikom i Kutzom ich twarde stanowisko w sprawie odrębności i autonomii regionu. Kiedy zaś kultura w województwie śląskim znalazła się w rękach wicemarszałka z Ruchu Autonomii Śląska i ma się coraz lepiej (razem 21 instytucji, których znaczenie wykracza poza region), to to jest, zdaniem Wójcika z PiS, powód do alarmu. Tym autonomistom trzeba odebrać śląską kulturę, bo to jest "ukryta opcja niemiecka".

Poprzednie rządy nie zdobyły się na chłodne spojrzenie na postulaty Ślązaków, pomimo że nie widziały w autonomicznej narracji owej ukrytej opcji. PO na Śląsku znalazło się na musiku: musi współpracować z RAŚ albo oddać sejmik PiS-owi. Po ataku na Warszawę, Łódź, Poznań, Trójmiasto widać, że PiS użyje wszelkich sposobów, aby przejąć władzę w regionach i większych miastach (prezydent Wrocławia już skapitulował bez walki). Można nawet doprowadzić "Śląsk" do kłopotów, aby przejąć cały Śląsk. Taka opcja wchodzi w grę, jak widać po apelu Wójcika.

Co miałoby oznaczać owo chłodne spojrzenie? Ano, najpierw trzeba uznać kulturową siłę i odrębność Śląska i Ślązaków. Przykłady znane to chociażby popularność ogólnopolska Telewizji Silesia, jedynej prywatnej telewizji regionalnej, która powstała i objęła zasięgiem cały kraj wraz z krajami sąsiednimi. Dzięki niej do ludycznej części rozrywki w całej Polsce przedostały się śląskie szlagiery (gra się je na koncertach i weselach, niektóre z bawarskim nalotem) oraz śląska tradycyjna kuchnia. Kultura muzyczna przyciąga na Śląsk melomanów z całego kraju i zagranicy. Do tego dochodzi najszybszy w Polsce rozwój firm innowacyjnych, wysoki poziom medycyny, nauki techniczne. I masz, babo, placek - radzą sobie. Nie samym węglem Śląsk żyje.

Jeśli to zechcemy uznać, to zacząć by trzeba rozmawiać o tym, dlaczego Ślązacy mają ciągoty do autonomii i pretensje do Warszawy. Po pierwsze dlatego, że autonomię, swój regionalny sejm i rząd mieli w II Rzeczypospolitej. Jako że komuna im to zabrała i - chwalić Boga - upadła, jest o czym znowu mówić.
Poza tym u samego początku, pod premierem Mazowieckim i rządami "Solidarności", więcej na Śląsku praw dostali śląscy Niemcy, niż Ślązacy. Np. mniejszość niemiecka może uczyć się języka niemieckiego w polskich szkołach jako języka ojczystego, Niemcy mają zagwarantowanych dwóch posłów mniejszościowych, napisy po niemiecku na tablicach drogowych itp. Ślązacy nie mogą zaś uzyskać nawet uznania gwary śląskiej za język, aby uczyć go w szkołach.

Prawda zaś jest taka, że tzw. mniejszość niemiecka to przeważnie potomkowie tych Ślązaków, którzy w plebiscycie głosowali za przynależnością do Niemiec i walczyli w powstaniach po niemieckiej stronie. To się wie i pamięta. Natomiast w RAŚ są zwykle potomkowie tych, którzy wtedy głosowali za Polską i walczyli pod przestraszonym Korfantym, a właściwie pod Kierzkowskim, mianowanym bezpośrednio przez Piłsudskiego, czy pod Drejzą, ziemianinem spod Gniezna, i w końcu pod Alfonsem Zgrzebniokiem. To się wie i pamięta od Tychów po Lubliniec i Anaberg. W końcu są wciąż groby i rodziny byłych powstańców śląskich, są pomniki i książki, pieśni i akademie. To jest polska tradycja Śląska, której Ślązacy nie chcą oddawać pod zarząd Warszawy. A jeżeli nie chcą, to i nie muszą.

Tej dysproporcji, tego nierównego potraktowania (w porównaniu do tych, którzy uważają się za Niemców mieszkających na Śląsku) Ślązacy nie mogą i nie zechcą zrozumieć i wybaczyć. Nie odpuszczą tego Warszawie, z którą chcą rozmawiać poważnie albo wcale. Ani RAŚ, ani pyskaty Kutz nie formułowali tego aż tak ostro.

A jak tu rozmawiać poważnie, kiedy minister kultury wespół z miejscowym posłem kombinują, jak odebrać Śląskowi ich ukochany "Śląsk" z "Karolinką" i "Starzykiem", które wciąż śpiewa się i nuci po śląsku od kołyski aż po grób. W takiej sytuacji pochodzenie partyjne przestaje się liczyć, zaczyna się liczyć wspólna śląska sprawa, jak zachować to, co nasze.

Ile na tym traci państwo polskie, Polska jako całość, tego uzasadniać nie trzeba. To jest oczywista oczywistość, cytując najświeższego klasyka myśli politycznej w Polsce.

 

© Obserwatorium Katastrof - OK!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci